Nie jest łatwo stworzyć odpowiednią atmosferkę na festiwalu "pod gołym niebem", gdy jeszcze nie zapadły zupełne ciemności, a publiczność nie błąka (jeszcze) po ścieżkach Bachusa. Na szczęście problem ten nie dotyczy Lao Che.
Od razu przyznam, że dwie ostatnie płyty Lao Che są dla mnie bardzo ciekawymi odkryciami. Radością napawa mnie zarówna warstwa muzyczna, jak i absolutnie fenomenalna (zwłaszcza na "Gospel") warstwa tekstowa. Nie wiem jaki jest model pracy
Spiętego, ale mega
szacun, za cudowną wieloźródłowość tekstu. Niby to czasem zwykła gra słów, dziecięca zabawa cytatami, "mruganie okiem" do słuchacza... ale jakież to budujące, ciekawe i czasem radosne, czasem cudownie refleksyjne. Niektóre zwroty:
"mój ptysiu miętowy", "w piątek krzyżują Ci plany" "tramwajem jadę na wojnę" to już klasyka. Jak brakuje tego w świecie porównań w stylu "serce twarde jak kamień".
Koncert w Jarocinie był przez wielu bardzo wyczekiwanym, chłopaki znów pokazali klasę, Spięty i ekipa jak zawsze w wysokiej formie. Długo zapamiętam krzyk setek gardeł: "Dostępu do włazu - my żądamy", pod scenką - strasznie małą - jak na moje oczekiwania robił się fajny kociołek. Pozostał niedosyt, musieli się pojawić kolejni wykonawcy. Fajnie, że chociaż Spięty pojawił się później jako gość, we wspomnieniowym koncercie Grabaża i przyjaciół. A ja już czekam na koncert w poznańskim Eskulapie w październiku.