Jakże różne oblicza może mieć jedno miejsce gdy oceniamy je ze dwóch różnych perspektyw. Dla ludzi pławiących się w luksusie Nowy York to Penthause na Manhattanie, zaś dla biedaka ławka w Central Parku, a najlepsze w tym jest to, że te dwa miejsca nie dzieli wcale duża odległość i nie mówię tu wcale o sensie dosłownym. Podobną historię przeżyłem na własnej skórze. Kiedy pierwszym razem odwiedzałem Londyn była to zorganizowana wycieczka, mieliśmy piękny przestronny hotel nawet aura była jakaś taka nie” angielska”. Big Ben, Budynki Parlamentu, Buckingham Palace, London Bridge w całej swojej krasie przyprawione dodatkowo komentarzem przewodnika nadają wprost magiczne znaczenie temu miejscu. Zarówno fani „Latającego Cyrku…” jak i „Potterowcy” odnajdą swoją prawdę tak o Anglii jak i o Londynie, bo nie da się ukryć, że jest on najlepszą wizytówką tej części Królestwa. Jest jednak i druga strona medalu, której sam zasmakowałem. Pomysł pracy na wyspach powstał chyba trochę pod wpływem wysokiego kursu funta i kaca wynikającego z wizyty na Opener Festival. Od momentu podjęcia decyzji do wyjazdu nie minął nawet tydzień i już siedziałem w Autokarze pełnym podobnych napaleńców. Na miejscu zacząłem zastanawiać się gdzie spędzę pierwszą noc, bo znalezienie czegoś pod wynajem po 18 ze sporym bagażem to nie lada wyczyn. Jedyne co tego wieczora wynająłem to ławka w parku, całe szczęście, że było ciepło i nie padało… a i całkiem wygodnie, jasiek dzielnie się spisał. Następnego dnia całkiem przypadkowo Polacy zaoferowali swoją pomoc, u nich spędziłem kilka nocy i upolowałem swoje źródło zarobkowe – salon samochodowy. Etaty Dealerskie niestety były obsadzone więc dostałem gąbkę i wiadro. Miejsce do spania także się znalazło, choć jak się wchodzi do mieszkania , które przypomina szatnię piłkarską drużyny arabskiej to pierwsze co człowiekowi przychodzi do głowy to, że ta ławeczka w parku nie była taka zła i może jeszcze wolna jest… Było nie było poznałem różnych ludzi od chłopaczka który w dresiku próbował sprzedać łamanym angielskim kije do golfa( usłyszawszy „stary, pomóż mi sprzedać sprzęt do golfa”, 15 minut przekonywałem ekspedienta, że to najlepsze Car Audio w tej strefie czasowej) przez górali ze Szczawnicy, którzy pracując w myjni myśleli, że trzymają kurę za złote jajo, po wspomnianą grupkę znajomych z Białogardu, którzy dali spać, jeść i jeszcze prace pomogli znaleźć.
Ta druga strona medalu jest z pewnością znacznie bardziej mroczniejsza, nigdy nie wiesz co cię czeka. Fajne ja kończy to się HE, bo takie wspomnienia to coś więcej niż grupowe zdjęcie wycieczki z Polski.