Znany obrazek z telewizji, programów informacyjnych. Wiele faktów z amerykańskiej historii można umieścić gdzieś na terenie tego miasta. Oglądając „Panoramę” wydaje się, że świat ten jest tak odległy, że moje zdjęcie na tle białego domu mogłoby być tylko fotomontażem.
A jednak. Pewnego dnia przekraczam tablice Washington DC. Zwyczajna dziewczyna z odległego od USA kraju trafia na zatłoczone ulice stolicy. Dźwięk klaksonów, korki uliczne i wiecznie czerwone światło to pierwsze czego w tym mieście doświadczyłam – no cóż, mamy godzinę szczytu.
Szybki prysznic, mapa do ręki i w drogę.
Punkt pierwszy wyprawy – biały dom. Tak, dokładnie ten sam, który jeszcze wczoraj widziałam w TV. To, co jeszcze wczoraj wydawało się tak odległe dziś stoi przede mną, otoczone zwykłym ogrodzeniem, bez rzucających się w oczy ochroniarzy, alarmów, dziennikarzy.
Gdy trafiam na długi deptak stwierdzam, że nie jeden urbanista uśmiechnął by się na ten widok. Stoję przy Washington memorial, po prawej na końcu mam lincoln memorial, po lewej Capitol. Odległości ogromne, a to uporządkowanie, ułożenie w jednej linii nadaje jakiejś wielkości temu miejscu.
Po przejściu deptaku w jedną i drugą stronę czuję zmęczenie. Siadam na schodach Capitolu i cieszę oczy widokiem. Tam gdzieś w oddali widzę budynek z kolumnami, w którym siedzi lincoln, bliżej pomnik na wspomnienie drugiej wojny światowej i pomnik Waszyngtona. Największe wrażenie wywarł na mnie jednak Capitol. Przysadzisty, mocny gmach, ogromna kopuła. A mimo wielkości wydaje się, jakby każdy mały szczegół, kolumna, łuk, czy jakaś zielona roślina przy fontannie były dokładnie w tym miejscu i właśnie takie, jakie ktoś chciał, żeby były. Każdy szczegół wydaje się być ważny dla całości, nadaje powagę i dumę i sprawia, że stojąc przed nim czuję się powagę tego wszystkiego, co dzieje się wewnątrz.
Weekend to za mało na stolicę USA. Wrócę tam, by zobaczyć więcej, a także by komuś bliskiemu pokazać to wszystko, co zdaje się nadawać charakteru całym Stanom.