Prawie wszyscy moi znajomi uwielbiają jeździć na rowerze. W tym towarzystwie jedynie ja stanowię wyjątek.
Podobno gdy spadnie się z konia, trzeba wsiąść jeszcze raz. Jako mała dziewczynka zawsze spadałam z rowerka. Tata oczywiście doczepił mi dwa dodatkowe koła, ale nawet na takim wehikule nie mogłam utrzymać równowagi. Nawet sztuczka z trzymaniem kijem nie pomagała. Za każdym razem płacz i coraz większa niechęć do jazdy.
Jak trochę podrosłam koszmar powrócił. Na 18-stkę dostałam profesjonalny rower. Z przerzutkami, grubymi oponami i wszystkimi innymi bajerami. Nie mogłam pogardzić takim prezentem i chcąc, czy nie musiałam na nim jeździć. Szło mi oczywiście opornie. Wlokłam się powoli ciągle wypatrując nowych przeszkód n swej drodze. Mimo motywacji ze strony otoczenia, trzęsłam się na rowerze jak osika. Opory, uraz z dzieciństwa?
Ojciec wpadł na pomysł, że potrzebna jest mi ostra szkoła jazdy. Zapakował rowery i mnie do samochodu i wywiózł nas w okolice działki. Przez parę dni intensywnie jeździliśmy po lasach. Nawet w deszcz. Przewracałam się, grzęzłam w błocie i wpadałam na drzewa. Wreszcie lęk minął i zaczęłam pedałować z większą pewnością siebie.
Czasem wsiadam na rower, ale nie jest to jednak mój ulubiony środek transportu. Bardziej ufam swoim nogom. Doceniam za to starania mojego ojca, który chciał uczynić mnie rowerowym maniakiem jak on sam.