Lubicie grać w karty? Ja nie przepadam. Ta czynność zawsze kojarzyła mi się, z chwilami desperacji, gdy nie pozostawała już nic innego do roboty.
Jako dziecko grałem z dziadkiem. Byłem oczywiście gorszym graczem, moja przewaga polegała na różnicy wieku. Gdy dziadkowi zdarzało się zdrzemnąć, podmieniałem karty i zawsze dziwnym trafem ogrywałem go do cna. To było dawno. Naszą podstawową grą była wojna. Nic więc dziwnego, że dziadek usypiał. Początki amatorskiego hazardu na cukierki. Gdy rozpoczął się okres wakacyjny, w każdy deszczowy dzień, wszyscy zasiadali do kart. Robiłem wszystko by jakoś się wymigać. Słuchałem muzyki, czytałem ksiązki. Zawsze jednak wymiękałem i zasiadałem do najnudniejszej rozrywki świata. Wtedy nauczyłem się różnorakich gier, które oczywiście szybko zapominałem. Brydż, poker itd. itp. Wspomnienia nudnych wakacyjnych popołudni szybko minęły, ale uraz do kart pozostał. Od tamtej pory, na widok grających uciekam i zdecydowanie odmawiam współudziału. Ostatni raz…Pojechałem z kumplem na wakacje. Z miejscu, gdzie się zatrzymaliśmy przebywała też jego rodzina. Zapalenia karciarze. Kolega okazał się być jednym z nich. Przynajmniej raz dziennie biegał na obowiązkową partyjkę, a ja umierałem z nudów.
Może ma złe wspomnienia. Może gdybym zaczął grać w kasynie na pieniądze, sprawiało by mi ta jakakolwiek przyjemność. W każdym razie, kto gra w karty ten ma łeb obdarty.