Od zawsze uwielbiałam jeździć na rowerze, więc chyba rozumiecie jakiej chandry dostałam, gdy złamałam nogę i przez kwartał nie mogłam wsiąść na mój ukochany wehikuł. Na szczęście mam to już za sobą i znowu wolne popołudnia spędzam za kierownicą.
Zaczęło się niewinnie, po ciężkim tygodniu na uczelni postanowiłam się wyluzować w piątek i wyskoczyć gdzieś ze znajomymi poszaleć. Poszliśmy do Hybryd, napić się trochę czegoś mocniejszego. Nie powiem, żeby wirowało mi w głowie, na ogół nie mam problemów z tym. Poszłam trochę się pobujać na parkiecie ze znajomym, nagle poczułam, że ktoś na mnie nadeptuje i pęka mi kość w stopie, to się wie od razu. Znajomy zaprzeczał, że to on, ale i tak zniechęciłam się zarówno do niego, jak i do klubu. Grunt, że później ruszyliśmy we dwójkę do szpitala na ostry dyżur (chyba czuł wyrzuty sumienia). Oszczędzę wam szczegółów, skończyło się operacją, dwoma drutami, jednym gwoździem i dwoma miesiącami w gipsie. Najgorsza była świadomość bycia uziemioną, na dodatek nie układało mi się wtedy z współlokatorami, a przez nogę musiałam dużo przebywać u nas w mieszkaniu. Teraz najgorsze już minęło, jestem bez gipsu, zaczęłam rehabilitację i dzisiaj po raz pierwszy od wypadku wsiadłam na rower. To było naprawdę cudowne uczucie, nie przypominam sobie kiedy poruszałam się tak szybko przy pomocy wyłącznie własnych odnóży. Nigdy nie wiadomo kiedy dopadnie nas jakieś nieszczęście, dzięki nim przynajmniej wiemy na czym zależy nam najbardziej. Pozdrowienia dla Masy Krytycznej.