Choć było to wiele lat temu ciągle z nostalgią myślę o mojej klasie z ogólniaka. Dawno straciłem z nimi kontakt, ale wspomnienie chwil spędzonych razem jest ciągle żywe i daje mi wytchnienie w chwilach samotności.
Nie sądziłem, zaczynając liceum, że spotka mnie tu taka przygoda. Zawsze unikałem tłumów i zbyt licznego towarzystwa, więc z początku trzymałem się z boku. Tak czy owak, od razu zauważyłem różnice między moją klasą z podstawówki, była to klasa zbiorcza podobnych indywidualistów i ludzi nie pasujących z którymi mogłem porozmawiać o wszystkich tematach (oczywiście nie z każdym, ale było tu więcej wyluzowanych, a zarazem otwartych ludzi, niż gdzie indziej). Najlepiej widać to było na szkolnych wycieczkach, gdzie pozwalaliśmy sobie na rozrywki od niewinnych podchodów, do tak obraźliwych, że wstyd mi teraz przytaczać. Tym niemniej zawsze chodziło o dobrą zabawę i beztroskę, wyrwanie się przez nie z niewielkich jeszcze problemów jakie każdy z nas miał w swoim życiu. Pod koniec liceum stworzyliśmy w osiem osób silną ekipę, jeździliśmy razem na wakacje, organizowaliśmy wspólne imprezy, wszystko to co robi się razem w zgranej ekipie. Po maturze każdy wybrał swoją drogę i powoli wszystko zaczęło się rozpadać. Widywaliśmy się coraz rzadziej zajęci swoimi studiami. Teraz raz na jakiś czas wpadamy na siebie, idziemy się napić, wspominamy, ale nie ma już w tym młodzieńczego luzu. Odtwarzamy w wyobraźni najlepsze momenty, rozmawiamy o przyszłości i rozchodzimy się w zamyśleniu o tym czego już nie ma i raczej nie ma szans się powtorzyć.