wspomnienie: Grzybobranie
- utworzono: 2009-09-15 22:01:32
- odsłon: 139
Pewnego ciepłego, wrześniowego dnia mój ukochany energicznym krokiem wchodząc do pokoju oznajmił, że jedziemy na grzyby. Na początku trochę się zdziwiłam, bo pomyślałam, że raczej w Warszawie nie ma dość dobrego miejsca by zrealizować ten pomysł, ale patrząc jeszcze przez chwile na jego poważną minę i zapał, zrozumiałam, że wcale nie żartuje. Zgodziłam się wiec tym bardziej, że obiecał że to będzie udany dzień i że na pewno odpoczniemy. Zapakowaliśmy w plecak trochę ciepłych ubrań, jedzenie, i oczywiście scyzoryk i latarkę i ruszyliśmy jak się okazało, na pociąg. Wiedziałam już, że to będzie długa wyprawa. Po drodze dowiedziałam się że jadąc za Zielonkę w stronę Tłuszcza są bardzo ładne lasy a w nich dużo grzybów. Gdy wysiadłam z pociągu okazało się że lasy naprawdę są ładne i gęste a chodzący w ich okolicy ludzie, już nosili porządne wiadra grzybów. Weszliśmy w gęstwinę i po trzech godzinach okazało się że czas zleciał nie wiadomo kiedy a my mamy już pełne pojemniki grzybów. Oczywiście każdą zdobycz konsultowaliśmy i dokładnie oglądaliśmy by nie wozić ze sobą trujących grzybów. Po tym zatrzymaliśmy się na śniadanie, gorącą herbatę, rozpaliliśmy w wyznaczonym miejscu ognisko i upiekliśmy kiełbaski. Pies wybiegał się i zwiedził wszystkie możliwe zakamarki lasu. Później jeszcze trochę pospacerowaliśmy po lesie, robiliśmy zdjęcia, słońce powoli zaczynało wędrować w stronę horyzontu i gdy wybiła 16 siedzieliśmy w pociągu w stronę Warszawy. Po powrocie do domu, przywieźliśmy nasze zdobycze i rozłożyliśmy na stole i mimo, że okazało się że nie wszystkie grzyby nadają się do zjedzenia to jednogłośnie stwierdziliśmy, że to był naprawdę cudowny dzień i że wycieczka się udała. Czasami takie nietypowe pomysły mogą sprawić więcej radości niż kolejne wyjście do kina.