Są takie zdjęcia, które można podrzeć i wyrzucić, ale one i tak wciąż przypominają rzeczy przegapione i utracone na zawsze.
Za każdym razem omijam to jedno zdjęcie ze wstydem, kiedy kartkuję album rodzinny. Album rodzinny. Jak paradoksalnie zupełnie obce słowo.
Zatem zdjęcie: pełnia lata, zieleń, płot i mur w tle. Mój ojciec, uśmiechnięty i wesoły, przykucnięty z moją "ciocią" na kolanie. Już tłumaczę.
Biologicznie była moją ciocią, ale urodziła się trzy miesiące po mnie. Kiedy zrobione było zdjęcie miałyśmy po jakieś sześć lat. Miała ciemne jak kawa włosy i filigranową budowę lolitki i ten uśmiech, nigdy nie było wiadomo czy z ciebie nie kpi, ten uśmiech został jej do dzisiaj. Zawsze czułam się brzydka i pospolita, z mysimi włosami, zielonymi oczyma i zadatkami na słonicę. Na zdjęciu miałyśmy być obie, ale bardzo chciałam mieć zdjęcie sam na sam z tatą. Była chrześnicą taty, byłam szalenie zazdrosna o jej względy. Poszłam za dom i popłakałam się, byłam dziwnym dzieckiem, zawsze zbyt wrażliwym na otaczającą rzeczywistość, wszystko przyjmowałam jak atak, prawie histerycznie, oczywiście nie zawsze. Było mi głupio, czułam się głupio, ale wtedy to było dla mnie ważne. Ojciec był dla mnie całym światem i nie chciałam w perspektywie patrzeć na jego zdjęcia z jakąś małą głupią glistą.
To był chyba ten pierwszy moment kiedy coś zaczęło się powoli łamać, jak lód na jeziorze, między mną i ojcem. Potem stopniowo małymi kroczkami odchodził ode mnie żeby w końcu stać się dla mnie kimś zupełnie obcym jak ten człowiek z fotografii przykucnięty na trawie ze swoją chrześnicą.
Zawsze niesamowicie irytowały mnie osoby, które miały potencjał i trwoniły go na bzdury. Ona taka była. Znałam ją od dziecka, z tego co słyszałam o niej ostatnio, straciła już chyba resztki wstydu i obróciła każdego w rodzinnej wsi, po czym wyjechała do Anglii, do "lepszego" życia. Pamiętam, jak bawiłyśmy się razem, odgrywając te zakazane sceny z filmów, które oglądało się długo po tym, jak rodzice kazali iść spać, przez dziurkę od klucza. To były czasy, gdy jeszcze miałam bardzo czysty i jasny umysł, myślałam prosto i naiwnie. Patrzę teraz na tą małą dziewczynkę którą byłam i zastanawiam się jak to możliwe, że to ja. Mimo osiemnastu wiosen czuję się jak zgniły owoc. Gdzieś pomiędzy zatarła się ta granica pomiędzy czarnym a białym. Zostałam w szarości bez śladu piękna dziecięcych myśli.