"Nigdy jeszcze nie rósł taki krzyk
Przez sufity w głuche okna nieba
Teraz słyszą wszyscy Jestem dziś
Z Twojej łaski prawdziwa kobieta "
Czy był to pierwszy raz? Tysiąc razy wcześniej przeżyłam go w głowie. Co innego było to przeżyć każdym milimetrem nagiej skóry, źrenicą oka rejestrować, jak kamerą, poszczególne klisze następujących zbyt szybko po sobie wydarzeń.
To był piątek, tuż po świętach Bożego Narodzenia. Święta nie wywierają na mnie pozytywnego wpływu, uświadamiają mi jedynie jak głęboka jest wyrwa między mną a resztą mojej rodziny, jak wiele się wyniszczyło niby przy zbyt dużym wietrze. Kiedy dzisiaj myślę, jak bardzo to wszystko było przypadkowe... Było to jednak jednocześnie, nie, nie spełnienie moich marzeń, tylko raczej ucieleśnienie jednego z możliwych scenariuszy, tego, w kierunku którego od pewnego czasu zmierzało moje życie wraz z całą kawalkadą pesymistycznych oczekiwań. Dlaczego takie rzeczy mają miejsce zawsze w piątek?
Zadzwoniła do mnie koleżanka, z którą nie miałam większego kontaktu od czasów gimnazjum (to był koniec roku ubiegłego, jestem w klasie maturalnej). Nie miała z kim iść do knajpy, położonej jakieś trzy kilometry wgłąb sąsiedniej wioski. Nie miałam na to specjalnej ochoty, ale pomyślałam sobie: "może to coś zmieni". Zmieniło. Było zimno, jak diabli, byłam na nią trochę wściekła. Miałam ochotę zawrócić, tym bardziej, gdy wkroczyłam do typowego wiejskiego baru, w którym nic nigdy się nie dzieje, w którym leci coś, co dzisiejsza młodzież (która również masowo oblegała owo miejsce) nazywa szumnie "muzyką". Siedziałam dwie godziny, podczas gdy moja koleżanka pocieszała jakiegoś znajomego po nieudanym związku. Nigdy w takich sytuacjach się nie nudzę, uważnie obserwuję ludzi. Ich zachowania, ich twarze, dłonie. Nigdy nie nudziło mnie czekanie, to darmowy bilet do teatru, tego prawdziwego, nieudawanego, żywego. Wszystkie ich smutki, niepokoje, komedie, wszystko na twoich oczach i płacisz tą, jakże cenną złotą monetą, własnym czasem. Każda knajpa ma to do siebie, że można w niej znaleźć przynajmniej jednego człowieka (ilość takich ludzi zależy od knajpy, w takiej jak ta czasem trudno znaleźć nawet jednego), który siedzi sam przy barze albo pustym stoliku pijąc kieliszek za kieliszkiem z niewyraźnym, szukającym spojrzeniem wilgotnych oczu.
Kiedy podeszłam do baru po wściekłego psa, już mnie obserwował, posyłał mi powłóczyste spojrzenia, niby obojętne. Wychyliłam kieliszek, jak zwykle jednym haustem (zawsze dziwią się mi, że najcięższe trunki przyswajam jak mężczyzna). Wróciłam na swoje miejsce i przesunęłam spojrzeniem po sali i też niby obojętnie (tak, ta pozorna obojętność jest znakiem rozpoznawczym, że kogoś szukasz) nasze spojrzenia spotkały się krótko i intensywnie. Reakcja była natychmiastowa, wstał i podszedł luzackim krokiem, rzekł bez cienia spodziewanej elegancji, że mam bardzo intensywne spojrzenie i spytał, czy nie mógłby postawić mi piwa. Wszystko w nim mówiło, jak bardzo jest napalony, jak bardzo zwierzęcy i wręcz prostacki. Uśmiechnęłam się i zgodziłam się.
Pół godziny później całowaliśmy się w aucie przed knajpą. Nie pozwoliłam mu na więcej z bardzo prozaicznych powodów, nie trafił na właściwe dni. Całował łapczywie i sucho, nieumiejętnie, bez uczucia. Całowanie jest sztuką, tak jak umieranie, albo śpiew, nie można się tego nauczyć, choćby technika była dobra, potrzeba do tego iskry. On jej nie miał. Jego bycie sprowadzało się do usiłowań. Usiłował być gentlemanem, usiłował być miły i szarmancki, usiłował mnie zatrzymać.
Spotkaliśmy się następnego dnia. Zabrał mnie ze sobą na spotkanie z jego znajomymi ze szkoły. Poczułam, że zaczynam topnieć, gdy na pytanie "jesteście razem?" odpowiedział "tak". Wrażenie zaraz zatarł on sam, był niesamowicie spięty na tle wszystkich tych miłych, sympatycznych ludzi, pewnie nie myślał o niczym innym jak tylko zaciągnąć mnie gdzieś i przelecieć. Później zaparkował gdzieś poza miastem, w lasku, nad rzeką. Nie protestowałam. Gdy w trakcie zrzucania ubrań uprzedziłam go, że niestety z przyczyn fizjologicznych nie mogę się z nim (zgrozo!)"kochać", on nie przejął się wcale. Dał mi do zrozumienia, że "od tego nie ma dzieci" i sądząc że mi to sprawi również przyjemność objawił się w całej, wątłej (jak się później miałam przekonać) okazałości. Kiedy odwoził mnie do domu poczułam z dawna zapomniany smak goryczy w ustach, szczerze mówiąc, miałam ochotę wymiotować. Sama myśl o człowieku, który obok mnie, spełniony, zmieniał biegi przyprawiała mnie o mdłości, ale pomyślałam, że tak właśnie miało być i lepiej teraz i w ten sposób, pierwszy raz ma to do siebie że nigdy nie jest przyjemny.
Spotkaliśmy się dwa dni później. Najpierw poszliśmy na piwo, a potem jeździliśmy długo po jakichś bezdrożach szukając dogodnego miejsca, pamiętam dobrze równe rzędy latarni rzucających długie smugi światła na drogę, odcinających jak brzytwy wszechobecną ciemność. Potem obliczyłam że od momentu zaparkowania auta, aż do ubrania odpalenia papierosa na zewnątrz już "po" minęły mniej więcej dwie godziny. Uprzedziłam go, że nigdy wcześniej nie spałam z nikim, ale jakoś nie wywarło to na nim specjalnego wrażenia. Nie zachowywał się jakbym była dziewicą, w swoich poczynaniach przypominał słonia, który stąpa mocno i do końca. Sądziłam że ból będzie inny, bardziej rozciągnięty w czasie i pospolity. Prawie pozbawił mnie zmysłów, przeszył na wylot, odbił się echem w każdym milimetrze skóry i trwał bardzo krótko. Prawie nie było krwi, dopiero potem, gdy wróciłam do domu. Ból minął tak szybko jak przyszedł, pozostał tylko wspomnieniem powykręcanego drzewa, które widziałam przez szybę samochodu, ośnieżonego drzewa na tle ciemnego, gwieździstego nieba. Szybko okazało się, że moje pragnienie było o wiele większe niż przypuszczałam. Jak do tej pory wciąż niezaspokojone. Kiedy wróciłam do domu czułam się niesamowicie pusta, odrealniona. I nie chodzi tu tylko o absencję męskich genitaliów w moim ciele. Nieobecność nie tylko fizyczna ale też psychiczna kogokolwiek obok mnie gryzła mnie jak upierdliwy pies, ta pustka nie do zniesienia. Paskudna, czarna pustka zionąca czarną dziurą we mnie. Pustka.
Znajomość, z mojej przyczyny skończyła się tak szybko i intensywnie, jak się zaczęła. Facet był strasznie napalony i tępy. Nie rozumiał kompletnie nic. Był jak z innego świata, myślał zupełnie innymi kategoriami, sądził, jak większość facetów, że skoro miał mnie, to jestem już jego własnością. Gdy dzisiaj na to patrzę, mam dziwne wrażenie, że to nie był on tylko ktoś zupełnie inny, że poza tym, poza ciałem ktoś przy mnie był, kierował mną. Ktoś potem może czuł ten sam smutek. Tę samą pustkę.
Zastanawiam się ile jeszcze czasu będę się godzić z losem na tych poznanych przygodnie panów, którzy potem, cytuję "czują się dziwnie wykorzystani". Zastanawia mnie, czy kiedykolwiek którykolwiek z nim stanie się kimś więcej.