wspomnienie: Na krańcu Polski...

Ocena 0 / 0 głosów
  • utworzono: 2009-07-20 14:18:34
  • odsłon: 160
  • Kategorie: Miejsca, Kraj
Zawsze ciągnęło mnie tam, gdzie coś się dzieje, gdzie jest masa ludzi i tyle możliwości. Sama więc zdziwiłam się kiedy zgodziłam pojechać się tam, gdzie przysłowiowy diabeł mówi dobranoc...
Pewnego parnego czerwcowego dnia wpadła do mnie sąsiadka z naprzeciwka i podniecona mówiła, że za kilka dni jedzie nad nasze rodzime morze, gdyż jej chłopak w jednej z nadmorskich miejscowości ma prowadzić tam takie "miasteczko w miasteczku". Cała rozentuzjazmowana opowiadała co się tam szykuje i jakaż to ekipa się nie zjawi...hmm pomyślałam, może podczas tzw. sezonu odwiedzę ją i przekonam się, jaka to faktycznie zabawa tam się kroi. Wtedy z tego zamyślenia wyrwał mnie głos- "No i pomyślałam, że Ty też pojedziesz! Niby miejsca dla Teamu są obsadzone ale Tomek na pewno znajdzie coś dla Ciebie! Zobaczysz, będzie super!" (...) Przetwarzałam w tym momencie wszystkie za i przeciw po czym stwierdziłam, że jeśli to całe przedsięwzięcie okaże się totalną szmirą, to po prostu wróce do domu. Tak więc chyba jasne jest, że wieczorem pakowałam już walizki. W dzień wyjazdu okazało się jednak, że muszę jechać sama, bo "pewny egzamin" koleżanki okazał się mieć mniej pewny pozytywny wynik, niż się to wcześniej wydawało...
Ponad 7 godzin sama w pociągu, zaczęło po drodze lać. Zawsze siadam przy oknie, a ta cholera zaczęła teraz przeciekać!Ponadto im bliżej byłam celu tym cała okolica była mniej zachęcająca. Na co ja się dałam namówić-klęłam w duchu. Wysiadłam- było ciemno, mokro i zimno, a na dworcu nikt na mnie nie czekał. Zywego ducha nie było w okolicy, tak samo jak nie było zasięgu więc nigdzie zadzwonć nie mogłam. Ach, poczekam i pokwitnę trochę-pomyślałam. Wreszcie po niespełna godzinie zjawił się po mnie niejaki Zaba, by zabrać tam, gdzie miałam stacjonować. Lokum nie było zachęcjące- barak z płyty gipsowej i całe żywe stworzenie z okolicy w pokoju. Pomyślałam, ze wielkim przedsiewzięciem niewiele ma to wspólnego...chyba, ze mówimy o przewrotnej nazwie owego lokum- Hilton!
Nie pozostało mi nic innego, jak poznać tutejszych lokatorów no i obrać plan działania. Zanim doszłam do plaży gdzie wszyscy pracowali ( no niestety, nie był to Hilton z widokiem na morze)zdąrzyłam zgłodnieć. Na dzień dobry dostałam info o przewaleniu jakiś gałęzi, a podczas obiadu miałam wszystkich poznać. Niezydentyfikowane "coś na talerzu" nie było już w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, chciałam po prostu zabić głód i spotkać całą resztę przewalaczy gałęźi. Ekipa okazała się baaardzo liczna i nader radosna, perspektywy wydawały się więc wreszcie nabierać innego wymiaru :)
Kolejny dzień był już dużo przyjemniejszy, kilka dni później naszym oczom ukazało się faktycznie całkiem sympatyczne "plażowe miasteczko", ludzie byli strasznie sympatyczni, a praca generalnie była przyjemnością, więc nawet nie czułam jak mijają dni. Turystów nie było w tej mieścinie dużo, dzięki czemu człowiek naprawdę tam wypoczywał. W dzień bieganie po plaży, wieczorem muzyczne szleństwo, a o wschodzie słońca rozmyślania w dźwięku fal... Przeżyłam tam wiele niesamowitych chwil, śmiałam się tak, że brakowało mi tchu, robiłam rzeczy, które wcześniej uważałam za żałosne albo prymitywne...ale było warto. Warto się było tak "odmóżdżyć" i spojżeć na wszystko z dystansem...nawet przy tależu odgrzanego "niewiadomo czego" :)

I doskonałym dowodem na to jest fakt, że nie był to jedyny raz...ani mój, ani nikgo innego kto tam kiedyś był...
asiak
dołączył: 2009-07-17 20:48:18

  • 0 znajomych

  • 5 wspomnień

Wyślij wiadomość
Dodaj do znajomych

Komentarze

By móc skomentować, musisz posiadać konto. Zarejestruj się!