wspomnienie: majówka w karpaczu :)
Majówka coraz bliżej, a planów żadnych. Góry, morze czy mazury? Wybraliśmy góry. Strona PKP nam podpowiedziała, że najszybciej, najsprawniej dojedziemy do Karpacza. Jeszcze kilka telefonów i mieliśmy już zarezerwowane dwa domki na 18 osób. Domki typu Brda, z łazienka i kuchnią.
Szybko zorganizowaliśmy ekipę i już wszyscy razem cieszyliśmy się ze wspólnego wyjazdu i liczyliśmy dni.
Wybraliśmy pociąg nocny, by nie marnować dnia i w przeładowanych przedziałach marzyliśmy o tym, by nadszedł ranek. Jak już zbliżaliśmy się na miejsce każdy marzył tylko o tym, by wskoczyć do łóżka – więc zaoszczędzenie dnia nam nie wyszło. W wynajętym domku okazało się, że łazienka do sedes, zlew, miska i zimna woda, a kuchnia to lodówka i stół. Trochę rozczarowani tym widokiem padliśmy z miejsca. Co będziemy robić? Nie planowaliśmy chodzić po górach, ale po prostu spędzić ze sobą czas, odpocząć od codziennych spraw.
Bawiliśmy się jak należy – tańczyliśmy, śpiewaliśmy i grzaliśmy dłonie przy ognisku. Jednak już następnego dnia rozpierająca energia wygoniła nas na wysokości. W nieodpowiednim obuwiu, małą – dwuosobową grupką - pokonywaliśmy kolejne metry w górę. dotarliśmy do 1204 mnpm. Walczyliśmy ze śniegiem, jak prawdziwi himalaiści! (szczególnie w tych naszych nieprzystosowanych butach ). Na 1204 metrze pobiliśmy też swój rekord – szczegóły jednak pozostawię dla siebie.
Dni mijały i czas powrotu nieubłaganie się zbliżał. Kolejny zatłoczony pociąg, zmęczeni, każdy zatopiony w swoich myślach lub śnie. Ja rozmyślałam nad wydarzeniami ostatnich dni. Wiedziałam, że jest to inny powrót, że teraz będzie trochę inaczej – będzie więcej „wypraw” w małej – dwuosobowej grupie. I jeśli ktoś powie, że na majówkę nie było słońca, to się nie zgodzę – ja miałam swoje własne!