wspomnienie: wyprawa na jagody
Wychowałam się w małej miejscowości z bliskim sąsiedztwem lasów. Gdy nadchodziły wakacje i znikał obowiązek chodzenia do szkoły, w naszych małych główkach rodziły się pomysły kręcenia interesów. Wiele razy otwieraliśmy sklep z warzywami z naszych działek – oj ile było wojny przed każdym obiadem, gdy mamy potrzebowały marchewek, ceny w naszym sklepie były wywindowane, a my nieugięci! Jednak zdarzały się też lepsze pomysły na zarobienie grosza na loda w lipcowe upały.
Budziliśmy się wczesnym rankiem, pakowaliśmy prowiant (co najmniej pięciu chłopa by się najadło, no ale przecież mieliśmy ciężko pracować!) i z wiaderkami w rękach, śpiewem na ustach i wyśmienitym nastrojem, pod czujnym okiem starszych kuzynów ruszaliśmy na jagody. Oczywiście dopiero w lesie okazało się jak trudno zakryć dno wiaderka, bo większość jagód lądowała w buzi a nie w naczyniu. Spędzaliśmy w lesie dobrych kilka godzin, by uzbierać taką ilość, która w jakikolwiek sposób satysfakcjonowała. Z dumą stawialiśmy wiaderka na wadze w skupie i z podziwem spoglądaliśmy na tych, którzy przynosili pełne, wielkie kosze jagód.
Pamiętam radość z tych pierwszych zarobionych pieniędzy, nie ważne czy było to dwa złote czy pięć. A jak dobrze smakowały lody czy zimna oranżada kupiona ze własne pieniądze!