Książki zawsze odgrywały dużą rolę w moim życiu. Zaczęłam czytać bardzo wcześnie, nie zmuszana przez żadną instytucję, czy rodziców. Niestety kanon lektur szkolnych nie bardzo mi odpowiadał.
Siedziałam godzinami w osiedlowej bibliotece, tonąc w książkach, mimo swego uczulenia na kurz...Pamiętam jak w wieku 16 lat wpadł w moje ręce Gabriel Garcia Marquez. Stopniowo zdobywałam jego książki w bibliotekach, księgarniach, czy tez pożyczałam od znajomych. Niefortunnie na pierwszy ogień poszła „Opowieść rozbitka”. Bardzo szybko wciągnęła mnie akcja, ale sucha relacja nie zrobiła na mnie wrażenia. Czułam się zawiedziona, bo wiele osób zachwycało się jego dziełami niezależnie od tematyki i klimatu. Wreszcie przyszedł czas na kultowe „Sto lat samotności”. Czytałam i czytałam, a przede mną rozciągał się obraz przedziwnej zagubionej w dżungli wioski. Tą powieść przeczytałam jeszcze cztery razy w różnych okolicznościach. Czasem na pocieszenie, czasem na zabicie czasu i za każdym razem odkrywałam coś nowego, cieszyłam się każdym przeczytanym słowem. Za jakiś czas na tradycyjnie deszczowych wakacjach na Mazurach, zabrałam się na „Miłość w czasach zarazy”. Nawet nie potrafię zliczyć ile razy płakałam. Jako nastolatka byłam strasznie romantyczną beksą, przez co obraz tej trudnej, acz prawdziwej miłości zrobił na mnie niesamowite wrażenie, a wręcz, głupio się przyznać, ukształtował pewien ideał...Już upadły.
Z początku jego proza wydawała mi się trudna. W końcu w wieku 16 lat ma się niewiele doświadczenia i inteligentnej wrażliwości by odebrać wszystko jak należy.
Zrozumienie przyszło później. Szczególnie „Sto lat samotności” i „Miłość w czasach zarazy” wywarły niesamowity wpływ na moją młodość, a niektóre słowa stały się mottem na dalsze życie, jak nieudolnie zacytuję z pamięci „możesz być niczym dla świata, ale ktoś może być całym światem dla ciebie”
Kończąc ten wywód, podobny do szkolnego wypracowania, chciałam wspomnieć o „Rzeczy o mych smutnych dziwkach”, niedawno czytałam, również polecam.