R – jak red, H – jak hot, C – jak chili, P – jak peppers! Ostre czerwone papryczki!!! ...W Polsce...niemożliwe!!!! A jednak.
Zespół mej młodości, szaleństwa, niezapomnianych imprez, dobrej muzyki, wzruszeń, przeżyć i refleksji. Niesamowici artyści, muzycy, wirtuozi i przystojniaki
Wiadomość o pierwszym i jedynym koncercie w Polsce doszła do nas już wcześniej. Zgrana paczka ludzi, która wspólnie marzyła o tej chwili. Nasze modły wreszcie zostały wysłuchane.
3 sierpnia 2007 na Stadionie Śląskim w Chorzowie miały zabrzmieć dźwięki Red Hot Chili Peppers. Dla części z nas była to chwila radosna, ale jak się okazało niektórzy przeżyli to baaardzo emocjonalnie. Np. ja we własnej osobie z trudem powstrzymywałam łzy i nerwowo paliłam papierosy, jednego za drugim. Były to naprawdę wzruszające chwile. Reszta krzyczała w niebogłosy. Znaliśmy prawie wszystkie teksty utworów. Poranna chrypa była nie do zniesienia.
Podróż nie obyła się bez przygód. Zakorkowane wylotówki , zapchane pociągi. Dojazd rozpoczęliśmy PKS-em. Niestety wysiedliśmy, przy najbliższej okazji, gdy autobus dowlókł się do najbliższego postoju. Wbiliśmy się w pociąg, układając się wygodnie na innych podróżnych. Dzięki ich ciepłemu przyjęciu dotarliśmy na czas.
Sporo osób narzekało jednak na ten koncert. Przeklinali nagłośnienie, a nawet śpiew Antonyego Kieds’a, ...”wymuszony bis do bani”. Faktycznie ten występ nie należał do najlepszych, ale dla mnie nie to było najważniejsze. Cieszyłam się samym faktem. A fakt jest również taki, że nasze pokolenie prawdopodobnie nie będzie miało już szansy na powtórkę.
Sam pobyt na stadionie nie był po prostu słuchaniem muzyki, to był stan ducha. Mnóstwo wspaniałych wspomnień przy dźwiękach ukochanej muzyki. Hlip.