Magistrala Adriatycka to autostrada, może raczej szosa, ciągnąca się wzdłuż wybrzeża Chorwacji. Jedna z najbardziej widokowych tras w Europie. Jechaliśmy oczywiście autostopem.
Może innym razem opisze w jaki sposób znalazłam się w Czarnogórze. Treścią tego wspomnienia, jest zapis drogi w jaki ją opuściłam.
W innej wzmiance, o raczej romantycznej treści, pisałam o pobycie w Chorwacji, ale nie to było na pierwszym planie. Przez ten kraj wracałam ponownie z pięknej Czarnogóry przemierzając kraj jedną ciągłą drogą- magistralą adriatycką. Autobusem trafiliśmy do Dubrownika. Całymi dniami studiowałam przewodnik, planowałam trasy zwiedzania. Na próżno. Jak tylko znalazłam się w tym mieście, przewodnik poszedł w kąt i spontanicznie zagłębiliśmy się w pięknych, chłodnych uliczkach starego miasta. Co najlepsze po raz pierwszy zrozumiałam stereotyp polaka na urlopie. Usłyszałam k**** i ujrzałam wąsatego Pana w sandałach ze skarpetami, który narzeka na wysokie ceny i jedyne czego pragnie to napić się piwa. Oczywiście nie przyznaliśmy się do narodowości. W Dubrowniku spaliśmy w dogodnych warunkach, wynajmując pokój na 3 osoby. Okazało się, że to nasza ostatnia noc w luksusie. Przyszła pora na prawdziwą podróż. Ruszyliśmy autostopem. Po drodze zatrzymywaliśmy się w malowniczych mieścinkach. W nocy schodziliśmy na plaże, by złapać choć trochę snu. Po drodze zwiedziliśmy jeszcze Split. Niesamowite zabytkowe miasto. Główną atrakcję, pałac rzymskiego cesarza Dioklecjana, zwiedzaliśmy o 5 rano, po nocy spędzonej na ławkach w porcie. Stąd czekał nas najpiękniejszy odcinek magistrali – na zachód od nas, widziany z klifów lazur morza, czerwone dachy miasteczek. Na wschód górujące nad nami pasma górskie – interior. Tak dotarliśmy do Zagrebu. Zajeżdżając na obwodnicę czerwonym sportowym samochodem z szyberdachem (niestety nie znam się). Skąd bezpiecznie dotarliśmy już TIRem do samej Bratysławy. Poczułam się już jak w domu.