Może ta historyjka wyda wam się tendencyjna i sentymentalna, ale naprawdę znałam kiedyś nauczyciela, który miał na mnie duży wpływ i dzięki niemu poszłam swoją drogą.
Nigdy nie byłam orłem w szkole średniej. Miałam na głowie inne rzeczy niż naukę. Bardziej liczyło się dla mnie dopiero co rozpoczęte życie towarzyskie i snucie marzeń o przyszłości. Efekty były oczywiste. Średnia ocen pozostawiała dużo do życzenia. Żaden z nauczycieli nie przykładał do tego dużej wagi. „Odbębniali” swoje i przepychali nas do następnych klas. Wyjątkiem był Pan od historii. Wiele razy wzywał moich rodziców na „dywanik” skarżąc się na moje lenistwo i brak zaangażowania. Sam okazywał mi mieszane uczucia. Z jednej strony zawsze był miły, z drugiej drażniły mnie jego uwagi co do mojej nauki. Nie powiem, że nie lubiłam historii. Gdy się przykładałam nie miałam żadnych problemów z zapamiętaniem dat, czy faktów. Na początki klasy maturalnej poprosił mnie do siebie i z ironicznym uśmiechem zadał decydujące pytanie – co chcę zdawać na maturze. Przedmiotów ścisłe oczywiście odpadały, więc bez wahania odpowiedziałam – historię! Poważnie zabolała mnie jego reakcja, gdy usłyszałam, że nie mam szans bo nic o tym nie wiem. Już dziś zdaje sobie sprawę z tego, iż był to jedynie manewr mający mnie zmobilizować. I udało się. Chcąc zrobić mu na złość i udowodnić nam obojgu jak bardzo jest w błędzie, w niecałe 6 miesięcy nadrobiłam wszystko. Maturę zdałam na 5. Co więcej...pokochałam historię. A dziś jestem już jej dumną studentką