W moich romantycznych wizjach zawsze chciałam obserwować świt słońca na szczycie góry. Udało się, owszem. Ale nie było łatwo.
Dawno dawno temu, mama wysłała mnie na obóz w góry. Nie byłam typem sportowca. Nie miałam hartu ducha i byłam dośc leniwa. Szczerze mówiąc nie wiedziałam co mnie tam czeka. Wyjazd był oczywiście w Tatry. Zapakowałam górskie buty i swetry i ruszyłam na podbicie skalistych szczytów. Fizycznie byłam na to kompletnie nieprzygotowana. Po paru dniach miałam zakwasy, pęcherze na stopach i bóle kości. Oczywiście zawsze wlokłam się z tyłu, za resztą grupy i gdy wreszcie Edo niej docierałam, odpoczynek dobiegał końca. Ze wstydem przyznaje, że zaczęłam się wykręcać z wycieczek. Narzekałam, że czuje się chora, otruta posiłkiem, cokolwiek...Jestem pewna, ż nikt mi nie wierzył i powszechnie uważano mnie po prostu za mięczaka.
Aż wreszcie padło hasło. Organizatorzy planowali nocną trasę na Czerwone Wierchy, by doczekać tam wschodu słońca. To była moja szansa na spełnienie marzenia!!! Zawzięłam się w sobie i postanowiłam, że nie odpuszczę. Noc w górach, niesamowite niebo usiane gwiazdami i...potwornie męcząca droga na szczyt. Jak zwykle pozostałam daleko w tyle za resztą grupy. Gdy przestałam patrzeć pod nogi i rozejrzałam się dookoła, zrozumiałam, że jestem całkowicie sama!!!! Umierałam z przerażenia. Świecąc sobie latarką pod nogi, przed siebie...nie pamiętam, prawie po omacku, wspinałam się sama po skałach. Dotrała na szczyt. Wszyscy się zdziwili, bo już dawno postawili na mnie krechę. Doczekałam wschodu słońca. To był jeden z piękniejszych widoków w moim życiu. Dopełniała go wielka satysfakcja ze swego osiągnięcia i radość, że w ogóle przeżyłam!