Zatem opisuje, jak obiecałam ciąg dalszy krymskich podróży. Tym razem zagłębię się w ląd. W obszary mniej zasiedlone przez ludność rosyjską, a pamiętające czasy wczesnego chrześcijaństwa i ludów tureckich.
Zacznę od środkwokrymskiego stepu. Jak pisał wieszcz – suchy przestwór oceanu. Widoki raczej monotonne i podejrzewam, że bliskie amatorom romantyzmu, głębokich refleksji, czy też osobom o melancholijnym usposobieniu. Centrum tego obszaru stanowi miasto Symferopol. Niestety, prócz dworca, przedstawia się dość niekorzystnie. Proradzieckie budynki i zaniedbanie bardzo rzucają się w oczy.
Zagłębiając się w obszary wyżynne podstawową atrakcję stanowi oczywiście Bakczysaraj. Znajdziemy tam pałac Hanów Kryskich, panujących tutaj do wstąpienia Rosjan. Wiedząc, że odwiedzamy europejski, słowiański kraj, jesteśmy niesamowicie blisko orientu. Mniam! Ruszając turystycznym szlakiem w górę mijamy monastyr Uspienski wykłuty w skale i zamieszkany przez prawosławnych popów. Warto wejść i zapalić świeczkę. W końcu docieramy do skalnego miasta Czufut-Kale. Niedawno jeszcze zamieszkanego przez ludzi!
W skałach górskich co krok znajduje się ślady po wykutych w skale kaplicach, czy monastyrach. To pierwszy przystanek takiego „budownictwa” na wschód od europy centralnej. Podobne rozwiązania istnieją w Turcji i dalej na wschód, aż po Indie i Chiny.
Docierając w najwyższe góry, łatwo domyślić się co czuł Mickiewicz pisząc o szczycie Czatyrdah, Ajudah. W góry stosunkowo się dostać. Do wszystkich pasm i szczytów prowadzą szlaki. Zgubić się nie sposób.
O Krymie można by pisać i pisać. Każdy odkryje tam cos dla siebie. Zaś w miastach szczególnie tani alkohol i huczne imprezy