Od dzieciaka byłem fanem Kultu. Z muzyką Kazika dorastałem i zaczynałem rozumieć nasz kraj. Jego teksty otwierały mi oczy na świat i bardziej złożone kwestie. Dlatego tez starałem się nie opuścić żadnego jego koncertu.
Gdzieś w latach 90-tych usłyszałem charyzmatyczny głos. Nie powiem śpiew, ale z nikim nie będę się sprzeczał. Kazik artystą był, jest i będzie. Kult jak sama nazwa wskazuje, stał się w naszym kraju kultowy i dla pewnej rzeszy społeczeństwa stanowi główny głos pokolenia.
Więc jak tylko usłyszałem i zrozumiałem, stałem się niezaprzeczalnym fanem. Biegałem na wszystkie koncerty, głownie te darmowe. Kto pamięta czasy dzikich imprez na warszawskiej Agrykoli i Juwenaliach, ten wie. Jak szalony wbijałem się w rozszalały tłum i śpiewałem jak najgłośniej. Skandowałem tytuły piosenek, zaś rano traciłem głos. Wiele koncertów, również wartych zapamiętania, odbyło się w warszawskich klubach studenckich. Pamiętam ciasnotę pot, który lał się z czoła, gdy stało się tuż pod sceną. Jednak najpiękniejszy i najbardziej wzruszający dla mnie koncert, odbył się na otwarcie mostu świętokrzyskiego. Ponoć zjawiło się tam ponad parę tysięcy osób. Kazik stworzył niepowtarzalną atmosferę. Był to występ spokojny, bardziej nastrojowy. Zgromadzony tłum nie szalał, a raczej wsłuchiwał się w muzykę, integrował i ...odlatywał. Pamiętam, że wracaliśmy jak z pielgrzymki. Część ludzi musiała dojść do centrum na piechotę, gdyż autobusy były tak zapełnione, że niektórzy wskakiwali na ich dachy...
Oby grali dalej. Pozdrawiam fanów Kultu i Kazika!